36
Na wszywce jest tylko jedna liczba.
36.
Bez uncji. Bez historii o tym, jak utkano materiał, gdzie go zszyto, jak długo będzie się łamał na kolanach i jak pięknie wyjdą wąsy przy kieszeniach.
Tylko liczba. Sucha informacja, która teoretycznie ma mówić o spodniach, a w praktyce od lat mówi nam coś o nas samych.
To dziwne, jak szybko takie liczby obrastają znaczeniem. 34 brzmi lepiej niż 36. 32 brzmi jak dyscyplina. Powrót do starego rozmiaru mogę potraktować jak małe zwycięstwo. Kupienie większego – jak porażkę, której nie ogłaszam, ale którą i tak czuję.
Metka jest bezczelnie prosta. Nie interesuje jej, czy źle spałeś. Czy masz za sobą trudny rok. Czy twoje ciało niesie stres, wiek, bezsenność, napięcie i wszystkie te rzeczy, których nie widać na zdjęciu sylwetki. Metka nie zna kontekstu. A mimo to potrafi dostać absurdalnie dużą władzę.
Patrzę na nią i nagle nie mierzę już spodni. Mierzę siebie.

Wyciągnąłem trzy pary jeansów z różnych momentów życia.
Jedna jest za ciasna. To nie jest tylko kwestia tego, że trudniej ją dopiąć. To jest para, która przypomina mi, jak kiedyś czułem się fizycznie. Lżej. Sprawniej. Młodziej. Albo przynajmniej tak to dziś pamiętam. Co zabawne, wtedy wcale nie byłem dla siebie łagodny. Wydawało mi się, że siebie nie akceptuję. Że coś trzeba poprawić. Że mógłbym wyglądać lepiej. Dzisiaj, po czasie, patrzę na tamtego siebie i myślę: naprawdę aż tak ci przeszkadzało własne ciało?
To chyba jedna z bardziej przewrotnych rzeczy związanych z dojrzewaniem. Potrafię tęsknić nawet za wersją siebie, której wtedy nie doceniałem.
Druga para to ta obecna. Nie dlatego ważna, że leży idealnie. Ważna dlatego, że mi towarzyszy. Ma już zapisane moje ruchy, moje tempo, moje siadanie, moje wstawanie. Denim robi się osobisty właśnie wtedy, kiedy przestaje być ambicją, a zaczyna być obecnością. W tych jeansach czuję się dobrze nie dlatego, że coś ukrywają albo poprawiają. Czuję się dobrze, bo są moje. Nie w sensie własności. W sensie wspólnego czasu.
Trzecia para żyje dziś inaczej niż kiedyś. To jest chyba najbardziej interesujące. Nie chodzi nawet o rozmiar. Bardziej o to, że materiał układa się inaczej, podkreśla inne miejsca, inaczej pracuje na biodrach, inaczej łamie się przy pasie. Jakby spodnie miały własną pamięć, ale nie nadążały za zmianą ciała, które noszą. Albo odwrotnie – jakby to ciało już nie chciało współpracować z dawną opowieścią o sobie.
Mam jeansy, które pamiętają moje ciało lepiej niż ja. Tylko metka nadal niczego nie zrozumiała.
36.
To przecież tylko rozmiar. Informacja techniczna. A jednak bardzo łatwo zrobić z niej werdykt.
Może dlatego ubrania bywają okrutne w tak cichy sposób. Nie mówią nic wprost. Nie obrażają. Nie komentują. Po prostu albo się dopinają, albo nie. I nagle w tej banalnej czynności potrafi zmieścić się cały nastrój dnia.
Pas.
Dziurka, której kiedyś używałem częściej. Ta obecna, trochę dalej. Ślad po guziku na brzuchu po całym dniu. Zagniecenie skóry, kiedy zdejmuję spodnie. Niewielki fałd tłuszczu, który w młodości byłby dla mnie powodem do irytacji, a dziś jest bardziej informacją o czasie niż o zaniedbaniu.
Ciało i denim zostawiają ślady na sobie nawzajem.

To chyba dlatego tak lubię dżins. Bo on niczego nie udaje. Nie daje tej sterylnej iluzji, że wszystko da się wygładzić. Zapisuje nacisk, tarcie, ciężar, przyzwyczajenia. Robi mapę sposobu, w jaki żyję. A jednocześnie potrafi uruchomić bardzo nieczyste emocje. Próżność. Wstyd. Tęsknotę. Chęć odzyskania czegoś, czego może wcale nie da się odzyskać.
Bo przecież ciało, które nosiło W36 dziesięć lat temu, nie jest tym samym ciałem, nawet jeśli dziś znowu mieści się w W36.
To nie działa jak cofnięcie czasu. Ta sama liczba nie przywraca tamtego życia, tamtej energii, tamtego sposobu patrzenia na siebie. Mogę wrócić do dawnego rozmiaru i nadal nie wrócić do dawnego człowieka. Mogę też zostać rozmiar wyżej i być kimś znacznie bardziej pojednanym ze sobą niż wtedy, gdy metka mówiła to, co chciałem usłyszeć.
Z wiekiem robi się to jeszcze ciekawsze, bo ciało coraz mniej chce być abstrakcją. Coraz trudniej traktować je jak projekt. Ono ma swoją historię, swoje przeciążenia, swoje niewyspanie, swoje lata. Ma też swoją prawdę, której nie da się negocjować samą ambicją.
I nie piszę tego z pozycji oświecenia. Nie mam żadnej mądrej puenty o tym, że trzeba pokochać siebie dokładnie takim, jakim się jest. To nie ten rodzaj tekstu i nie ten rodzaj życia. Mogę chcieć schudnąć. Mogę nie lubić własnego brzucha. Mogę tęsknić za dawną formą. Mogę mieć wobec siebie niedosyt. Wszystko to jest ludzkie.
Ale chyba coraz bardziej interesuje mnie inna granica:
w którym momencie zwykła informacja zaczyna udawać ocenę?
Rozmiar spodni mówi, czy je zapnę.
Nie mówi, czy jestem wystarczający.
Nie mówi, czy nadal jestem mężczyzną, którego rozpoznaję.
Nie mówi, czy jestem blisko siebie, czy daleko.
Nie mówi też nic o tym, jak patrzę na kobietę, z którą żyję – na jej skórę, która dziś jest inną skórą niż kiedyś, a jednak w jakimś wzruszającym sensie nadal pozostaje skórą tamtej dziewczyny, którą pamiętam. Czas robi swoje z nami wszystkimi. Z ciałem. Z pożądaniem. Z wyobrażeniem o atrakcyjności. Z tym, co miało być stałe. I może właśnie dlatego liczby wydają się takie kuszące – bo są prostsze niż życie.
36 jest proste. Ciało nigdy nie jest.
Może dlatego metka tak mnie dziś interesuje. Bo udaje porządek. Udaje, że człowieka da się sprowadzić do jednej liczby, wszyć ją w pas i uznać sprawę za załatwioną.
A przecież nic nie jest załatwione. Nie w wieku, w którym ciało już nie tylko wygląda, ale też pamięta.
Nie wtedy, kiedy ubranie przestaje być przebraniem, a staje się zapisem codzienności.
Nie wtedy, kiedy coraz wyraźniej widzę, że forma to tylko część historii, a nie jej sens.
Dlatego lubię myśleć, że jeansy mówią prawdę tylko do pewnego momentu. Pokazują ślady. Pokazują używanie. Pokazują nacisk i czas. Ale kiedy próbują opowiedzieć człowieka samą liczbą, zaczynają kłamać.
Na końcu zostają spodnie rzucone na podłogę.
Bez ciała w środku.
Bez metki na widoku.
Bez całego tego ciężaru, który sami dopisujemy do jednego numeru.
I może dopiero wtedy widać je najlepiej.
36 nie jest odpowiedzią na pytanie, jak się mam.
To tylko informacja, czy zapnę spodnie.
