Las nie pachnie choinką

Las nie pachnie choinką.

To jedna z tych bzdur, w które pozwoliliśmy sobie uwierzyć. Choinka pachnie choinką. Las pachnie wszystkim, co wydarzyło się tam wcześniej.

Deszczem sprzed dwóch dni.
Korą, która odpadła kilka miesięcy temu.
Grzybem.
Błotem.
Mokrą ziemią.
Liśćmi, które jeszcze niedawno były wysoko nad głową, a teraz ktoś po nich chodzi.

Las pachnie życiem głównie dlatego, że bez przerwy coś w nim umiera.

Mam na nadgarstku las.

Tylko coś się w nim nie zgadza. Wącham jeszcze raz. I pierwszym słowem, które zapisuję, nie jest sosna.

Nie jest żywica.

Nie jest nawet ziemia.

Piszę:

ALUMINIUM

To trochę psuje romantyczną opowieść.

I dobrze.

Nie potrafię nawet dokładnie powiedzieć, skąd ono się bierze.

Ale jest.

Zimne.

Suche.

Trochę jak zapach dłoni po dotknięciu metalowej poręczy w listopadzie. Jak puszka znaleziona między drzewami wiele lat po tym, jak ktoś ją tam zostawił. Jak coś, czego w lesie być nie powinno, a jednak już dawno stało się jego częścią.

To pierwsza rzecz, którą robi ze mną Norne.

Psuje obrazek.

Na szczęście.

Bo gdyby las naprawdę pachniał tak, jak nauczył nas przemysł perfumeryjny, prawdopodobnie nie chciałbym do niego chodzić.

ZGNILIZNA

Brzydkie słowo.

W perfumach zdecydowanie bezpieczniej napisać:

„nuty drzewne”.

Jeszcze lepiej:

„szlachetne drewno”.

Zgnilizna sprzedaje się gorzej. Tylko że w lesie wszystko, co szlachetne, wcześniej czy później gnije.

Norne nie pachnie drewnem z tartaku.

Nie pachnie świeżo przeciętą deską. Nie pachnie meblem.

To drewno, które przestało już należeć do drzewa, ale jeszcze nie stało się ziemią. Jest gdzieś pomiędzy.

Miękkie.

Mokre.

Ciemne.

Powoli oddające siebie temu, co będzie po nim. I chyba właśnie tutaj po raz pierwszy robi się naprawdę pięknie. Nie pomimo zgnilizny.

Przez nią.

ŚCIÓŁKA

To moje trzecie słowo. I chyba pierwsze normalne.

Ściółka jest archiwum lasu.

Tegoroczne liście leżą na zeszłorocznych. Pod nimi są poprzednie. Jeszcze niżej nie da się już powiedzieć, co było czym.

Liść przestaje być liściem.

Gałąź gałęzią.

Igła igłą.

Wszystko powoli traci nazwę. Może dlatego ten zapach jest tak trudny do rozebrania na nuty.

Próbuję znaleźć sosnę.

Znajduję ziemię.

Próbuję znaleźć żywicę.

Znajduję wilgoć.

Próbuję znaleźć perfumy.

I coraz mniej jestem pewien, czy jeszcze ich szukam.

WILGOTNA PIWNICA

I nagle wychodzę z lasu. Chociaż właściwie wcale z niego nie wyszedłem.

Każdy zna ten zapach.

Schodzisz kilka stopni niżej i zanim jeszcze zapalisz światło, już wiesz.

Chłód.

Beton.

Wilgoć.

Stare drewno.

Rzeczy pozostawione tam z myślą, że jeszcze kiedyś się przydadzą. I ten charakterystyczny zapach miejsca, do którego słońce ma utrudniony dostęp. Norne ma w sobie coś z takiej piwnicy.

Nie horrorowej.

Nie ma tam trupa.

Są słoiki.

Stare krzesło.

Kilka desek.

Może rower, którym nikt nie jeździł od dziesięciu lat. I kurtka wisząca na gwoździu tak długo, że właściwie stała się częścią ściany.

To nie jest strach.

To coś innego.

Coś znajomego.

Tylko odrobinę smutnego.

I wtedy zapisuję piąte określenie. Ale ono już do pozostałych nie pasuje.

Bo aluminium można dotknąć.

Zgniliznę można znaleźć.

Ściółkę można wziąć do ręki.

Do wilgotnej piwnicy można zejść.

A piątego słowa nie da się sfotografować.

JESIENNY SPLEEN

I tu kończy się recenzja perfum.

Jeżeli w ogóle kiedykolwiek nią była. Bo spleen nie jest nutą zapachową. Nie ma numeru CAS. Nie da się go odmierzyć pipetą i dolać do koncentratu. A jednak właśnie on pojawił mi się w głowie.

Nie „jesień”.

Jesienny spleen.

To różnica. Jesień można lubić.

Kolory.

Kurtki.

Cięższe perfumy.

Pierwsze wieczory, kiedy znowu dobrze smakuje gorąca herbata. Internet nauczył nas nawet odpowiedniej jesieni.

Koc.

Kubek.

Świeca.

Liście.

Cozy.

Tylko że prawdziwa jesień ma jeszcze drugą stronę.

O 16:07 robi się ciemno.

Pranie nie chce schnąć.

Buty są mokre.

Samochód rano jest zimny.

Przez trzy dni nie widziałeś słońca i właściwie przestałeś zauważać, że go nie ma.

Nie dzieje się nic złego. Po prostu świat trochę ściszył kolory.

Jest coś, czego długo nie rozumiałem. Dlaczego w takim dniu nie zawsze mam ochotę włączyć coś wesołego? Dlaczego zamiast otworzyć okno, zapalić wszystkie światła i zrobić sobie lato w listopadzie, czasem wolę zgasić jeszcze jedną lampę? Dlaczego człowiek, któremu jest melancholijnie, puszcza melancholijną muzykę? Dlaczego wybiera zapach, który pachnie wilgotną ziemią?

Przecież to nie ma sensu.

Powinniśmy robić odwrotnie.

Smutek – coś wesołego.

Ciemność – światło.

Listopad – cytrusy.

A jednak czasem ostatnią rzeczą, której potrzebuję, jest ktoś próbujący poprawić mi nastrój. Czasem chcę tylko, żeby coś powiedziało:

wiem.

I usiadło obok.

Bez naprawiania.

Long, Long, Long też tego nie naprawia.

Ledwo się zaczyna. Jakby Beatlesi grali gdzieś w innym pokoju. George Harrison prawie nie śpiewa do słuchacza.

Raczej do siebie.

Po całym hałasie White Albumu nagle pojawia się coś kruchego, zmęczonego i dziwnie intymnego. A pod sam koniec wszystko zaczyna drżeć.

Szklanka.

Organy.

Głos.

Przypadek zamienia się w część nagrania. Niedoskonałość zostaje.

Dobrze, że jej nie usunęli.

Może z melancholią jest podobnie.

Nie wszystko trzeba od razu usuwać z miksu. Są stany, których nie chcę mieć przez pół życia. Ale przez jeden wieczór?

Niech zostaną.

Nie każda cisza jest samotnością.

Nie każdy smutek jest tragedią.

Nie każdy ciemny las wymaga latarki.

Czasem dobrze jest przez chwilę nie widzieć końca ścieżki. Dopiero teraz dotykam flakonu.

NORNE

Slumberhouse.

Perfumy, o których można napisać, że pachną iglastym lasem. I będzie to prawda. Tylko wyjątkowo mało interesująca.

Bo Norne nie zabiera mnie do lasu. Las jest zbyt konkretnym miejscem. Norne zabiera mnie raczej do tego momentu w roku, kiedy świat zaczyna się wycofywać.

Drzewa coś oddają.

Dzień coś oddaje.

Temperatura coś oddaje.

I chodzi się trochę ciszej.

Nie pachnie dla mnie śmiercią.

Pachnie zanikaniem.

A to nie jest to samo.

Śmierć jest wydarzeniem. Zanikanie jest procesem.

Można go przegapić.

Wącham nadgarstek jeszcze raz. Las nadal tam jest. Tylko teraz już wiem, że źle zadawałem pytanie.

Nie: „czym pachnie Norne?”

Raczej: „dlaczego chcę czasem pachnieć właśnie tak?”

Nie mam dobrej odpowiedzi. Pierwszy raz w tym tekście wcale jej nie szukam.

Aluminium.

Zgnilizna.

Ściółka.

Wilgotna piwnica.

Napisałem te cztery rzeczy, próbując opisać perfumy. Przy piątej przestałem.


Za oknem jest już ciemno.

Long, Long, Long właśnie się kończy.

Na nadgarstku został mokry las.

Nie będę dzisiaj otwierał okna.

Nie wszystko, co ciemne, trzeba rozjaśniać.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *