Cała
Nie chcę już przypadkowości.
Nie chcę bylejakości ubranej w ładne słowa i znikającej po godzinie.
Chcę Ciebie. Całego. Bez filtra.
Chcę Cię czuć tak, jak czuję ciężar powietrza przed burzą – gęsty, lepki, elektryczny.
Chcę, żeby Twoje dłonie zostawały na mojej skórze nawet wtedy, gdy już ich tam nie ma.
Chcę jęknąć Ci do ucha.. albo tak głośno, żeby nie trzeba było się pochylać.
Bez udawania ciszy.
Bez chowania się w półcieniach.
Chcę być Twoja.
Nie „na raz”. Nie „od czasu do czasu”. Nie „jak się uda”.
Na serio. Na głęboko. Na bez tchu.
Chcę Cię mieć dla siebie. Tylko dla siebie.
Żeby nasze ciała znały się lepiej niż nasze myśli.
Żeby biodra mówiły tym samym rytmem.
Żebyśmy się spocili od bliskości, a potem opadli bez sił – nie z nudów, z intensywności.
A potem tylko leżeć.
Słuchać siebie.
Oddychać w tym samym tempie.
Czuć nasz zapach unoszący się w powietrzu jak znak, że to się wydarzyło naprawdę.
Później prysznic.
Wspólny.
Z wodą, która nie zmywa, tylko przedłuża.
Z dłońmi, które się nie śpieszą.
Z pocałunkiem tam, gdzie skóra najbardziej wrażliwa.
Znowu wszystko od nowa. Bez presji. Z pragnieniem.
A potem – coś, czego się nie spodziewałam.
Ten stan.. jakby ktoś odpiął mnie od rzeczywistości i przeniósł w inne miejsce.
Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wcześniej tak odleciała. Jak dziś – przy Tobie.
Może to nie najważniejsze, ale.. nie wiedziałam, że mogę się tak czuć.
Pragnęłam Cię. Całą sobą.
Nic wokół się nie liczyło.
Tylko Twój oddech. Mój oddech. Nasz rytm.
Byłam zupełnie sobą. Nic nie udawałam.
Chwilami aż zawstydzona tym, ile mi to daje, mimo że robiliśmy tak niewiele.
Był taki moment – musiałam się zatrzymać. Bo mogło być za blisko. A przecież z tym blisko.. to u mnie różnie.
I tak – nie byłam cicho.
Nie umiałam.
Zamknięte oczy, miękkie ciało, wszystko przy Tobie.
Zwykła bliskość, a we mnie eksplozja.
I ta miłość, którą mi dajesz…
Nie do opisania.
Czasem myślę, że nie umiem jej przyjąć tak, jak powinnam.
Nie wiem, czy potrafię się odwdzięczyć.
Ale uczę się.
Z Tobą. Dla Ciebie..
