Cherry Ink – zapach atramentu, który nie chce wyschnąć

Wiśniowy sen, metaliczny szept.

Lorenzo Pazzaglia Cherry Ink to zapach, który żyje sprzecznością.
Chłodny i metaliczny, a jednak intymny – jak bliskość, którą czuję tylko wtedy, gdy świat milknie.
Pierwszy oddech to delikatna słodycz, niemal zwodnicza, ale szybko ustępuje miejsca ciemniejszemu obliczu. Wkracza cierpka nuta wina, przywołująca obraz rozlanych kropli na białej koszuli poprzedniego wieczora. To aromat wspomnień – tych z kategorii mrocznych, ale nasyconych magnetyzmem.

„To atrament wspomnień, których nie da się już przepisać na czysto.”

W miarę jak zapach rozwija się na skórze, wchodzi w grę akord atramentowy. Jest w nim coś rytualnego – jak moment, w którym stalówka dotyka świeżego papieru, a słowa zaczynają nabierać kształtu.
Nie jest to jednak zwykły atrament. To atrament, który pamięta dłonie, cienie na ścianie, zapach powietrza w półmroku.
W tle pojawia się nuta wiśni – niecukrowej, lecz tej prawdziwej: lekko gorzkiej, soczystej, z charakterem, która wprowadza do całości element nieprzewidywalności.

Cherry Ink jest jak film „In the Mood for Love” Wonga Kar-waia. Powolne kadry, długie spojrzenia, niewypowiedziane zdania. Czerwień sukien, gra światła i cienia, dotyk, który zostaje w pamięci dłużej niż na skórze. Nie chodzi o to, co się wydarza, ale o to, co wisi w powietrzu – tę gęstą, elektryczną ciszę, w której każdy gest znaczy więcej.

To zapach zakamarków – chwil, które chciałbym zatrzymać, choć wiem, że należą do przeszłości.
A jednocześnie – jest w nim obietnica.
Jak stary list znaleziony po latach w zakurzonej szufladzie – zapisany atramentem, który wciąż pachnie, choć czas dawno zatarł ostrość liter.

To nie są perfumy, które po prostu nosisz. One zostają w Tobie – jak wino na koszuli, jak atrament na dłoniach, jak zapach czyjejś obecności, który wymyka się definicji.

Pachnie mną.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *