Miłość, która przyszła za wcześnie

Nie brakowało jej.
Była zawsze. W kuchni, w pokoju, w mojej głowie.
Jej obecność wypełniała dom szczelniej niż zapach obiadu i dźwięk radia grającego w tle.

Kiedy ojca nie było – a często nie było go wcale – ona była za dwoje. Za matkę. Za ojca. Za dorosłego, który powinien trzymać świat w ryzach.

Byłem jedynakiem. A jedynactwo ma swoją ciszę. I swoje obowiązki, o których nikt nie mówi wprost.

Matka mówiła dużo.
O tym, co ją boli.
O tym, czego się boi.
O tym, jak ciężko jej jest.

Nie robiła tego ze złości. Robiła to z miłości.

Chciała, żebym rozumiał.
Chciała, żebym był blisko.
Chciała, żebym był.. kimś więcej niż dzieckiem.

I tak, zanim nauczyłem się nazywać własne emocje, nauczyłem się nosić cudze. Zanim zrozumiałem, czego ja potrzebuję, wiedziałem dokładnie, czego potrzebuje ona.

Byłem jej synem. Ale bywały chwile, w których czułem się jak jej jedyny dorosły.

Nie było w tym przemocy.
Nie było krzyku.
Nie było jawnego przekraczania granic.

Było coś gorszego – brak granic w ogóle.

Miłość, która nie zostawia miejsca na oddech. Bliskość, która nie zna słowa „dość”. Czułość, która zamiast chronić, wciąga.

Długo myślałem, że tak właśnie wygląda miłość. Że trzeba być zawsze dostępnym. Że cudze emocje są ważniejsze niż moje. Że odejście – nawet na chwilę – jest zdradą.

I potem dziwiłem się, dlaczego w dorosłych relacjach:
– czuję się winny, gdy potrzebuję przestrzeni
– biorę na siebie odpowiedzialność, o którą nikt mnie nie prosi
– a miłość częściej kojarzy mi się z wysiłkiem niż z lekkością

Dopiero po latach zrozumiałem coś, co było bolesne, ale uwalniające:

Miłość może być za duża. Tak samo jak może być za mała.

Bo dziecko nie powinno być emocjonalnym partnerem rodzica. Nie powinno regulować cudzych uczuć. Nie powinno nosić odpowiedzialności za czyjeś szczęście.

To nie jest jego rola.
I nigdy nią nie była.

Dzisiaj uczę się granic. Powoli. Ostrożnie. Czasem niezgrabnie.

Uczę się, że mogę kochać i jednocześnie nie ratować. Że mogę być blisko, ale nie wchłonięty. Że mogę powiedzieć „to za dużo” i nie przestać być dobrym człowiekiem.

Choć bywa, że mówię to za późno. Albo wcale. Bo stary mechanizm potrafi włączyć się szybciej niż refleksja.

Nie mam pretensji do matki. Widzę jej samotność. Jej lęk. Jej historię.

Ale dziś wiem, że mogę ją rozumieć i jednocześnie nie powtarzać tego schematu. Choć nie zawsze mi się to udaje. Czasem łapię się na tym, że znowu próbuję być „tym, który uniesie”.

Miłość nie powinna dusić.
Powinna pozwalać oddychać.

I dopiero wtedy zaczęły się relacje. Takie prawdziwe. Dorosłe. Z wyboru.

I szybko okazało się, że wyniosłem z domu więcej, niż myślałem.

W związkach byłem uważny. Za bardzo.

Wyczuwałem zmianę tonu głosu szybciej niż inni. Brałem na siebie cudze emocje, zanim ktokolwiek poprosił.

Czasem robiłem z tego cnotę. Czasem – wymówkę. Bo łatwiej było być potrzebnym niż naprawdę obecnym.

Przyciągałem osoby intensywne. Takie, które potrzebowały.

Czułem się przy nich ważny. A potrzeba bycia potrzebnym potrafi bardzo przekonująco udawać miłość.

Dawałem dużo. Czasem więcej, niż powinienem. Czasem zamiast tego, co było naprawdę potrzebne.

A potem przychodziło zmęczenie.

Chciałem przestrzeni. Ciszy. Chwil, w których nie muszę nic regulować ani dźwigać.

I wtedy pojawiał się wstyd. Poczucie winy. Myśl, że może znowu czegoś nie uniosłem.

Najtrudniejsze było to, że myliłem miłość z intensywnością.

Spokój wydawał mi się pustką. Zdrowa relacja – czymś, co nie do końca „iskrzy”.

Bo nie było w niej napięcia, które znałem od dziecka. Nie było poczucia, że muszę zasłużyć, żeby zostać.

Dopiero z czasem zacząłem rozumieć, że to, co brałem za miłość, było często mechanizmem przetrwania. A to, co wydawało się „za spokojne”, było po prostu.. bezpieczne.

Że bliskość nie musi boleć. Choć czasem wciąż boli. Zwłaszcza gdy próbuję robić coś inaczej niż kiedyś.

Uczę się dziś innych scenariuszy.

Takich, w których:
– mogę być blisko, ale nie odpowiedzialny za wszystko
– mogę powiedzieć „nie dam rady” i nie stracić miejsca
– mogę kochać, nie rezygnując z siebie

Uczę się, że granica nie jest odrzuceniem. Jest zaproszeniem do zdrowszej relacji.

I chyba najważniejsze. Uczę się odróżniać miłość od potrzeby bycia potrzebnym.

Bo jedno daje skrzydła. Drugie tylko uczy, jak znikać w czyichś oczekiwaniach.

A Ty?
Czy wiesz, gdzie kończy się Twoja odpowiedzialność za cudze emocje? I czy potrafisz jeszcze rozpoznać, czego naprawdę chcesz bez poczucia winy?

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *