Kim jestem, kiedy nikt nie patrzy?

Siedzę w ciemnym pokoju. Lustro naprzeciwko mnie.
Patrzę, ale nie widzę jednego siebie. Jest ich dwóch. Może więcej.

Jeśli chcesz poczuć ten wpis do końca – odpal to

Jeden ma w sobie twardość i chłód. Głos, który mówi, żeby nie okazywać słabości. Ten, który w dzieciństwie nauczył się, że nie można liczyć na nikogo. Ojciec wracał późno, ale nigdy do mnie. Patrzyłem, jak przekracza próg, i uczyłem się od niego rzeczy, których nigdy nie powiedział mi wprost:

Nie proś. Nie oczekuj. Nie obciążaj nikogo sobą.

To ten chłopak, który wyczekiwał jego kroków na klatce schodowej, próbując z tonu głosu odgadnąć, czy dzisiejszy wieczór będzie cichy, czy będzie trzeba unikać wzroku.

Drugi – ten, który od zawsze czuł zbyt mocno.

To moja wrażliwość, intuicja, emocjonalność – coś, co przez lata ukrywałem, jakby było czymś, czego nie powinienem mieć. Jakby było czymś „niewłaściwym”, „za bardzo”. Kobiecy pierwiastek, który ukształtowała moja matka.

Bo kiedy ojca nie było, ona była zawsze. Za bardzo.
Kochała za mocno, mówiła za dużo, chciała, żebym rozumiał jej ból.
Byłem jej towarzyszem, jej powiernikiem, jej wszystkim.
A ja? Ja nie miałem gdzie uciec.

Dorastałem pomiędzy dwoma skrajnościami.
Między zimnem a ciepłem.
Między milczeniem a nadmiarem słów.
Między brakiem a przesytem.

I kiedy dziś patrzę na siebie, widzę oba światy we mnie.


Mężczyzna, który czuje za bardzo

Zawsze myślałem, że powinienem być jak ojciec.
Że facet to ten, kto nie analizuje, nie rozmyśla, nie daje się pochłonąć emocjom.
Że siła to brak łez, brak wątpliwości, brak pytań o siebie.

Ale potem zrozumiałem, że jestem kimś innym.

Zbyt uważnym.
Zbyt wrażliwym.
Zbyt czułym na subtelności, na to, co niedopowiedziane.

Słuchałem kiedyś „Hurt” w wersji Johnny’ego Casha i pomyślałem: To jest to.
Facet, który przeżył wszystko, ale kiedy śpiewa, w głosie ma całą delikatność, jakiej nigdy nie wypowiedział. Może to właśnie jest siła.

Czułem się przez to słabszy. Mniej „męski”.
Za bardzo myślący. Za bardzo przejmujący się.
Za bardzo czytający rzeczy między wierszami.

Ale z biegiem lat zdałem sobie sprawę, że nie jestem mniej.
Jestem więcej.

Bo widzę to, czego inni nie widzą.
Bo czuję to, czego inni nie czują.

I nie dlatego, że lepszy, ale.. po prostu inny,
Bo umiem kochać nie tylko dotykiem, ale też słowem, spojrzeniem, obecnością.

Nie pasowałem do świata, w którym facet powinien być twardy.
Ale pasowałem do światów, które tworzyłem sam – w muzyce, w słowach, w uczuciach, które potrafiłem wyrazić, kiedy inni tylko milczeli.

Nie muszę być jak ojciec.
Nie muszę być jak matka.
Nie muszę być jak ktokolwiek, kto mnie stworzył.

Bo nie ma jednego mnie.


Nie ma jednego mnie

Długo szukałem odpowiedzi. Kim jestem? Do którego świata należę?
Ale dziś już wiem – nie muszę wybierać.

Jestem tym chłopcem, który uczył się, że nie może płakać.
Jestem tym mężczyzną, który nie boi się swoich łez.

Jestem siłą, której nauczył mnie brak ojca.
Jestem delikatnością, którą zostawiła we mnie matka.

Jestem męski i kobiecy jednocześnie.
Jestem człowiekiem, który czuje.

I nie muszę się tego wstydzić.


A Ty?

Kiedy patrzysz w lustro – kogo widzisz?
Czy widzisz kogoś, kto musi dopasować się do oczekiwań?
Czy widzisz kogoś, kto nie mieści się w prostych definicjach?

Bo może w Tobie też jest więcej, niż zawsze myślałeś.
Może też jesteś dwóch.
Może więcej.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *