Zapięty na guziki. Rozpięty w środku.
Nie wiem, czy można być człowiekiem jednej koszuli, ale na pewno można być czterech (albo czternastu). W moim przypadku to flanele – dwie od Iron Heart, dwie od Samurai Jeans. Dwa odcienie czerwieni, dwa niebieskiego. Każda z nich jak wersja mnie, którą noszę, kiedy nie umiem powiedzieć, co dokładnie czuję, ale chcę to wyrazić czymś więcej niż słowami.
To nie są koszule. To cztery wersje mnie – i każda chce dziś wyjść na zewnątrz.
Zacznijmy od niebieskości.
Iron Heart Ultra Heavy Flannel Tartan Check Work Shirt Blue

UHF to nie koszula. To zbroja. Zakładam ją wtedy, kiedy czuję, że świat zbyt mocno napiera. Kiedy myśli mają ostre krawędzie, a cisza w środku zaczyna przypominać napięty łuk. Ta flanela jest jak mur – ciężka, zwarta, z charakterem. Ale pod tą pozorną twardością kryje się coś czułego. Otula jak czyjeś ramiona, które nie pytają „co się stało?”, tylko są.
To ten rodzaj ubrania, w którym możesz zamknąć się przed światem, a jednocześnie pozostać sobą. W środku grzeje jak wspomnienie dłoni na plecach. Na zewnątrz – nie daje się złamać. Noszę ją, kiedy chcę być bardziej stalowy niż kruchy, ale wciąż autentyczny.
Z wierzchu – niebieska, chłodna, jakby zdystansowana. Może dlatego tak dobrze pasuje na dni, w których chcę być spokojniejszy niż jestem. Ale w środku – tam czuję się bezpiecznie. To taka koszula, którą zakładam, gdy wiem, że muszę się trzymać w pionie. Gdy dzień wymaga ode mnie więcej, niż chciałbym dać. I ona pomaga. Trzyma fason. Dobrze współgra z milczeniem. Nie narzuca się. Ale kiedy zapięta na ostatni guzik – nagle czuję, że wszystko jest na swoim miejscu. Nawet jeśli świat się lekko chwieje.
Samurai Jeans Heavyweight Drunk Stripe Flannel Shirt Blue

A Drunk Stripe?
Ona nie daje się wygładzić, nie próbuje przypodobać. Brzmi jak stary bootleg koncertu grunge’owego zespołu sprzed trzydziestu lat – surowy, drżący, piękny w swojej niedoskonałości.
Zakładam ją, gdy nie chcę być zrównoważony. Gdy mam ochotę mówić rzeczy zbyt głośno. Albo milczeć w sposób, który też coś znaczy.
Ona nie chce się podobać. Chce być zapamiętana.
Jest w niej coś z rozczochranej nonszalancji, coś z poetów, którzy nie śpią nocami. Chropowata w dotyku, nieco zbuntowana, trochę za głośna – ale w tym wszystkim prawdziwa.
Pierwszy raz założyłem ją, ubierając się do pracy. Stałem w garderobie i pomyślałem: dziś muszę być sobą, bez wygładzania. Założyłem ją na ciało, poczułem, jak ostrzej przesuwa się po skórze – jakby jej splot był trochę niegrzeczny, trochę buntowniczy. Rugged. Takie właśnie słowo przyszło mi do głowy. I wtedy poczułem to jedno: autentyczność. Bez stylizacji, bez udawania. Tylko ja – w wersji nie do końca uładzonej.
Zakładam ją, gdy nie chcę być zrównoważony. Gdy mam ochotę mówić rzeczy zbyt głośno. Albo milczeć w sposób, który też coś znaczy.
Dwie flanele. Dwa rodzaje nocy.
Jedna jak bezpieczny pokój z jazzem w tle i kubkiem gorącej herbaty.
Druga jak dach budynku, z którego słychać śmiech, śpiew i czasem szloch.
Obie niebieskie. Obie moje.
I teraz czerwień.
Iron Heart Ultra Heavy Flannel Crazy Check Work Shirt Red

Iron Heart w ciężkiej gramaturze – flanela jak z innego świata. Głęboka, klasyczna, jakby ktoś skroił ją w warsztacie, gdzie czas zatrzymał się w latach 70., a jedyne światło wpada przez brudne szyby.
Jest coś kojącego w tej koszuli. Zakładam ją wieczorem, gdy wszystko już milknie. Gdy wszyscy śpią, a ja siadam z kieliszkiem whisky, winyl kręci się leniwie i gdzieś w tle śpiewa Cash.
To ubranie, które nie potrzebuje poklasku. Ono po prostu jest – i mówi: „ogarniasz, nawet jeśli masz bałagan w głowie”. Wchodzę w nią jak w starego siebie – tego, który jeszcze coś pamięta i nie musi niczego udowadniać.
To była moja pierwsza flanela. Może dlatego zawsze będzie mieć w sobie coś z „pierwszego razu” – nie do końca wiadomo czego się spodziewać, ale już po chwili czujesz, że to jest to. Zakładana zimą – pamiętam dokładnie. Śnieg skrzypiący pod butami, oddech w powietrzu jak chmura myśli, których nie powiedziałem na głos. Ta koszula była jak ktoś, kto otula Cię ramieniem, nie pytając, co się dzieje. Po prostu: „chodź, ogrzej się”. Mam z nią w głowie więcej ciszy niż dźwięków – takie chwile, gdy wszystko w środku wreszcie cichnie. I to wystarcza.
Samurai Jeans Heavyweight Drunk Stripe Flannel Shirt Red

Samurai to inna opowieść. Czerwień tu nie krzyczy – ona pulsuje. Gęsta, konkretna, z tym przesunięciem pasków, które sprawia, że musisz się zatrzymać i popatrzeć dwa razy. Jak zadziorne zdanie w środku spokojnego listu – coś tu się nie zgadza, ale właśnie dlatego chcesz czytać dalej.
Noszę ją wtedy, gdy życie idzie zbyt równo, zbyt łatwo. Gdy trzeba wprowadzić szum w system, trochę rozedrgać ramy. Ta koszula jest jak riff, który przecina ciszę – nie żeby zburzyć, ale żeby przypomnieć, że pod powierzchnią zawsze coś się dzieje.
Uwielbiam ją za to, że nic w niej nie jest grzeczne. Że przypomina, że mogę wciąż być trochę punk.
Z tą flanelą zawsze przychodzi mi do głowy to jedno światło. Popołudniowe. Trochę złote, trochę czerwone, jakby dzień chciał się jeszcze trochę popisać przed nocą. Siedzę za kierownicą, radio gra coś zbyt sentymentalnego, ale pasuje. I wtedy właśnie ona – ta koszula – współbrzmi z tym światłem, z ruchem, z ciepłem tapicerki. Czuję się jakbym był w filmie, który sam reżyseruję. Nie chodzi o cel jazdy. Chodzi o to, co dzieje się w środku – głowie, ciele, pamięci. Samurai nie jest spokojna. Ona płynie z rytmem silnika i trochę pod prąd codzienności. W niej czuję, że mogę zjechać z trasy, jeśli tylko będę miał na to ochotę.
Dwie czerwienie.
Jedna – jak opowieść, którą szepczesz komuś bliskiemu w półmroku.
Druga – jak krzyk serca, który nagle przerwał ci milczenie.
Obie zostają ze mną na długo po tym, jak zdejmę je z ramion.
Nie piszę tego po to, żeby je porównywać. To jak porównywanie dwóch gitarzystów z dwóch różnych planet. One nie walczą ze sobą – współbrzmią. Każda ma swój moment. Jak kawałki na tej samej płycie – różne, a razem tworzą całość, która brzmi jak coś więcej niż tylko ubrania.
Cztery flanele, cztery różne playlisty
Noszę je jak playlistę emocji. Do UHF dodałbym „Blue in Green” Mylesa Davisa – łagodny, a jednak przenikliwy.
Drunk Stripe wymaga „Territorial Pissings” Nirvany – surowość i energia.
Iron Heart Red to „Ring of Fire” Johna Casha – powaga i ciepło.
Samurai Crimson Stripe krzyczy „Bulls on Parade” Rage Against the Machine – bunt i puls.
Finał
Zakładam je nie dlatego, że jest zimno. One mają mnie wyrażać – moje uniformy emocjonalne. Zakładam je, bo potrzebuję opowieści. Bo każda z nich jest trochę mną. Bo czasem jestem jazzem po północy, a czasem feedbackiem z przesterowanego wzmacniacza. Bo czasem chcę się schować, a czasem być zauważony tylko przez jedną osobę. Nie ma jednej wersji mnie.
Nie piszę tego, żeby wybrać najlepszą. Nie ma jednej. One są jak cztery utwory na kasecie, którą przewijam raz w jedną, raz w drugą stronę.
Na dziś? Może czerwień. Może niebieski.
Może riff. Może szept.
Wiem tylko, że każda z nich przypomina mi, że noszę nie tylko ubrania. Noszę siebie. A dzisiaj, właśnie dzisiaj, jestem dokładnie taki:
